-Kyle, złaź z tego drzewa!- usłyszałam głos pani Wick i od razu uniosłam głowę. Zmęczona, lecz wciąż pełna życia twarz wykrzywiła się teraz w grymasie złości.
-No dobra mamo, nie przeżywaj!- odkrzyknął chłopak, powoli schodząc z drzewa. Na nieszczęście matki zaczepił nogawką spodni o jedną z odstających gałęzi, chwilę później lądując twardo w krzakach. Pani Wick zerwała się natychmiast, kiedy to Kyle podniósł się, otrzepał i pomachał w naszą stronę. Zaśmiałam się, ale najwidoczniej tylko mnie było w tym momencie do śmiechu.
-No i widzisz, co narobiłeś?! Mogłeś się połamać, skręcić kark.... NOWE SPODNIE! Mógłbyś się w końcu nauczyć nie zakładać nowych ubrań, kiedy chcesz robić mi na złość.- kobieta złapała się za głowę głęboko wzdychając. Gdy Kyle podszedł bliżej, obejrzała go dokładnie, przywiązując szczególną uwagę porwanej nogawce:
-Tego się nie da zszyć, będzie brzydko wyglądać. Musimy iść do krawcowej.- pokręciła negatywnie głową, czochrając chłopaka po głowie.
-Ważne, że nic ci nie jest.- powiedziała z bezradnością.
-Przepraszam mamo, już więcej tak nie zrobię.
-Mam nadzieję, że nie rzucisz po raz kolejny słowa na wiatr, synku.- uśmiechnęła się, po czym odwróciła na pięcie i zaczęła iść w moją stronę. Spojrzałam na Kyle'a, który bezdźwięcznie powiadomił mnie o blefie. Zaśmiałam się, spoglądając na panią Wick. Kobieta usiadła obok mnie, oczekując, aż jej syn do nas dołączy.
-Tego się nie da zszyć, będzie brzydko wyglądać. Musimy iść do krawcowej.- pokręciła negatywnie głową, czochrając chłopaka po głowie.
-Ważne, że nic ci nie jest.- powiedziała z bezradnością.
-Przepraszam mamo, już więcej tak nie zrobię.
-Mam nadzieję, że nie rzucisz po raz kolejny słowa na wiatr, synku.- uśmiechnęła się, po czym odwróciła na pięcie i zaczęła iść w moją stronę. Spojrzałam na Kyle'a, który bezdźwięcznie powiadomił mnie o blefie. Zaśmiałam się, spoglądając na panią Wick. Kobieta usiadła obok mnie, oczekując, aż jej syn do nas dołączy.
Uwielbiałam spędzać z nimi czas. Nie miałam rodzeństwa, ale Kyle świetnie odgrywał rolę przyszywanego, starszego brata. Były między nami 4 lata różnicy, jednak mimo to dobrze się dogadywaliśmy. To chyba z racji tego, iż chłopcy dojrzewają później. W końcu który dojrzały, mężny, dwunastoletni mężczyzna chciałby niańczyć ośmiolatkę? Właśnie dlatego go uwielbiałam. Traktował mnie jak rówieśniczkę, jednocześnie troszcząc się o mnie jak o młodszą siostrę. Wychowywaliśmy się razem. Nasi rodzice przyjaźnili się, wskutek czego już od moich narodzin spędzałam dużo czasu w domostwie Kyle'a i jego rodziców. Tak też było i tego popołudnia, jednak tym razem wyglądało to dużo inaczej. Mój tata od kilku tygodni przebywał w szpitalu, podobno poważnie zachorował. Mama nie potrafiła odstąpić od niego na krok, dlatego często nie wracała na noc do domu. Większość czasu spędzałam właśnie z Kyle'm i jego mamą, jednak przyjechała moja ciotka, więc spać musiałam we własnym pokoju.
Nagle usłyszeliśmy dźwięk telefonu. Pani Wick zerwała się z miejsca, biegnąć ile sił w nogach do domu:
-Tylko bez żadnych głupich wybryków, Kyle!- krzyknęła, przymykając za sobą drzwi. Chłopak spojrzał na mnie, chwilę później wybuchając cichym śmiechem. Odpowiedziałam mu tym samym. Często śmialiśmy się bez powodu- rozumieliśmy się bez słów.
-Tylko bez żadnych głupich wybryków, Kyle!- krzyknęła, przymykając za sobą drzwi. Chłopak spojrzał na mnie, chwilę później wybuchając cichym śmiechem. Odpowiedziałam mu tym samym. Często śmialiśmy się bez powodu- rozumieliśmy się bez słów.
-To co, sir Kyle, dokąd dzisiaj wybierzemy się w podróż?- zapytałam poważnym tonem, co brzmiało komicznie, szczególnie w połączeniu z moim dziecinnym głosem.
-Proponuję odwiedziny w lesie zasłużonych, lady Raven.- odpowiedział, uśmiechając się i podając mi dłoń. Złapałam ją, zeskakując z huśtawki. Odrzuciłam swoją mysią grzywę, jak na prawdziwą damę przystało i udałam się śladem za Wickiem. Zwracałam się do niego po nazwisku, ponieważ szczególnie nienawidził swojego imienia. Co prawda zdarzały się wyjątkowe sytuacje, jak ta przed chwilą, ale mogę się założyć, że gdyby nie okoliczności, już od razu dostałabym od niego ochrzan.
Wick zaprowadził mnie do skraju ogrodzenia, które ciągnęło się wokół posesji jego rodziców. Za nim rozciągał się ogromny, sosnowy las. Nazwaliśmy go lasem zasłużonych, ponieważ raz czy dwa Kyle'owi wydawało się, że widział między drzewami swojego ojca. Ja natomiast mogę przysiąc, że podczas jednej z naszych wędrówek po jego podwórku zauważyłam kątem oka swoją babcię. Co prawda ani ojciec Wicka, ani moja babcia nie żyją, więc oboje zgodnie przyznaliśmy, że to nasza wyobraźnia płata nam figle. Jednak pewnego wieczoru coś natchnęło nas, aby tą leśną otchłań nazwać właśnie lasem zasłużonych. Wymyśliliśmy legendę, jakoby między drzewami miały skrywać się duchy ważnych osób. Często ucinaliśmy sobie pogawędki z dawnymi władcami Anglii, jak i zmarłą sprzedawczynią lodów z pobliskiego miasta. To było nasze własne, zaczarowane miejsce.
Wspięłam się na drugi szczebelek ogrodzenia, wychylając się lekko do przodu. Wick stał na ziemi, jednak wciąż był wyższy ode mnie o kilka centymetrów:
-Piękny mamy dzisiaj dzień, lady Raven, prawda?- zapytał, gładząc się po swoim niewidzialnym wąsie.
-Owszem, sir Kyle. Dzisiejszy dzień jest idealnym dniem, aby porozmawiać z... Królową Elżbietą.- odparłam.
-Którą?- zapytał zdezorientowany.
-Oczywiście, że Królową Elżbietą II. Jest zasłużoną osobą, często piszą o niej w gazetach. Czy sir Kyle nie czyta gazet?- spojrzałam na niego z wyższością.
-Elżbieta II jeszcze żyje, ośle.- uśmiechnął się kpiąco, po czym klepnął mnie w głowę.
-No ej, nie wiedziałam!- wykrzyknęłam, spoglądając w stronę lasu.
-Piękny mamy dzisiaj dzień, lady Raven, prawda?- zapytał, gładząc się po swoim niewidzialnym wąsie.
-Owszem, sir Kyle. Dzisiejszy dzień jest idealnym dniem, aby porozmawiać z... Królową Elżbietą.- odparłam.
-Którą?- zapytał zdezorientowany.
-Oczywiście, że Królową Elżbietą II. Jest zasłużoną osobą, często piszą o niej w gazetach. Czy sir Kyle nie czyta gazet?- spojrzałam na niego z wyższością.
-Elżbieta II jeszcze żyje, ośle.- uśmiechnął się kpiąco, po czym klepnął mnie w głowę.
-No ej, nie wiedziałam!- wykrzyknęłam, spoglądając w stronę lasu.
Nie usłyszałam, co odpowiedział. Całą swoją uwagę skupiłam na jednym punkcie. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widziałam swoich rodziców. Nagle rozległ się krzyk pani Wick, która wołała nas z dziwną nutą w głosie. Potrząsnęłam głową i pobiegłam zaraz za Kyle'm.
Kobieta podeszła do mnie, mocno mnie objęła i łamiącym się głosem powtarzała, że wszystko będzie dobrze. Zamilkła, gdy zapytałam jej co się stało. Po chwili powiedziała tylko, że strasznie jej przykro i nie pozwoli, żeby stała mi się jakakolwiek krzywda, że zadba o mnie i że rodzice zawsze będą mnie kochać. W tym właśnie momencie zaczęłam płakać, jednak nadal nie zdawałam sobie sprawy z tego co się stało. Płakałam, bo pani Wick płakała. Po kilku minutach powiedziała mi, że przez najbliższy czas nie zobaczę rodziców. Nie chciała powiedzieć jak długo będzie to trwało, ani dlaczego.
Dopiero ciotka uświadomiła mnie, co tak naprawdę się stało. Jako ośmiolatka jeszcze nie do końca rozumiałam definicję śmierci, jednak na widok nagrobka z imionami rodziców od razu zrozumiałam, że już więcej ich nie zobaczę. To samo działo się gdy zobaczyłam grób babci- już potem jej ani razu nie spotkałam, dlatego ta sytuacja wzbudziła we mnie wielkie emocje.
Od tego momentu wszystko działo się bardzo szybko, można powiedzieć, że aż zanadto. W ciągu dwóch dni ciotka spakowała wszystkie mojego rzeczy, a trzeciego dnia zawiozła mnie 300 kilometrów od Batsford, do swojego domu. Ostatnim wspomnieniem z tego miejsca jest widok ambulansu zabierającego ją do szpitala.
Nie minął tydzień, gdy pierwszy raz przekroczyłam mury sierocińca. Nie opuściłam go przez kolejne jedenaście lat.
Ale w końcu nadszedł ten dzień. Dzień, w którym oficjalnie odzyskałam wolność.
____________________________________
więcej na wattpadzie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz