Strony

7/14/2016

może książka, może nie książka



-Kyle, złaź z tego drzewa!- usłyszałam głos pani Wick i od razu uniosłam głowę. Zmęczona, lecz wciąż pełna życia twarz wykrzywiła się teraz w grymasie złości.
-No dobra mamo, nie przeżywaj!- odkrzyknął chłopak, powoli schodząc z drzewa. Na nieszczęście matki zaczepił nogawką spodni o jedną z odstających gałęzi, chwilę później lądując twardo w krzakach. Pani Wick zerwała się natychmiast, kiedy to Kyle podniósł się, otrzepał i pomachał w naszą stronę. Zaśmiałam się, ale najwidoczniej tylko mnie było w tym momencie do śmiechu.
-No i widzisz, co narobiłeś?! Mogłeś się połamać, skręcić kark.... NOWE SPODNIE! Mógłbyś się w końcu nauczyć nie zakładać nowych ubrań, kiedy chcesz robić mi na złość.- kobieta złapała się za głowę głęboko wzdychając. Gdy Kyle podszedł bliżej, obejrzała go dokładnie, przywiązując szczególną uwagę porwanej nogawce:
-Tego się nie da zszyć, będzie brzydko wyglądać. Musimy iść do krawcowej.- pokręciła negatywnie głową, czochrając chłopaka po głowie.
-Ważne, że nic ci nie jest.- powiedziała z bezradnością.
-Przepraszam mamo, już więcej tak nie zrobię.   
-Mam nadzieję, że nie rzucisz po raz kolejny słowa na wiatr, synku.- uśmiechnęła się, po czym odwróciła na pięcie i zaczęła iść w moją stronę. Spojrzałam na Kyle'a, który bezdźwięcznie powiadomił mnie o blefie. Zaśmiałam się, spoglądając na panią Wick. Kobieta usiadła obok mnie, oczekując, aż jej syn do nas dołączy.
Uwielbiałam spędzać z nimi czas. Nie miałam rodzeństwa, ale Kyle świetnie odgrywał rolę przyszywanego, starszego brata. Były między nami 4 lata różnicy, jednak mimo to dobrze się dogadywaliśmy. To chyba z racji tego, iż chłopcy dojrzewają później. W końcu który dojrzały, mężny, dwunastoletni mężczyzna chciałby niańczyć ośmiolatkę? Właśnie dlatego go uwielbiałam. Traktował mnie jak rówieśniczkę, jednocześnie troszcząc się o mnie jak o młodszą siostrę. Wychowywaliśmy się razem. Nasi rodzice przyjaźnili się, wskutek czego już od moich narodzin spędzałam dużo czasu w domostwie Kyle'a i jego rodziców. Tak też było i tego popołudnia, jednak tym razem wyglądało to dużo inaczej. Mój tata od kilku tygodni przebywał w szpitalu, podobno poważnie zachorował. Mama nie potrafiła odstąpić od niego na krok, dlatego często nie wracała na noc do domu. Większość czasu spędzałam właśnie z Kyle'm i jego mamą, jednak przyjechała moja ciotka, więc spać musiałam we własnym pokoju.
Nagle usłyszeliśmy dźwięk telefonu. Pani Wick zerwała się z miejsca, biegnąć ile sił w nogach do domu:
-Tylko bez żadnych głupich wybryków, Kyle!- krzyknęła, przymykając za sobą drzwi. Chłopak spojrzał na mnie, chwilę później wybuchając cichym śmiechem. Odpowiedziałam mu tym samym. Często śmialiśmy się bez powodu- rozumieliśmy się bez słów.

-To co, sir Kyle, dokąd dzisiaj wybierzemy się w podróż?- zapytałam poważnym tonem, co brzmiało komicznie, szczególnie w połączeniu z moim dziecinnym głosem. 
-Proponuję odwiedziny w lesie zasłużonych, lady Raven.- odpowiedział, uśmiechając się i podając mi dłoń. Złapałam ją, zeskakując z huśtawki. Odrzuciłam swoją mysią grzywę, jak na prawdziwą damę przystało i udałam się śladem za Wickiem. Zwracałam się do niego po nazwisku, ponieważ szczególnie nienawidził swojego imienia. Co prawda zdarzały się wyjątkowe sytuacje, jak ta przed chwilą, ale mogę się założyć, że gdyby nie okoliczności, już od razu dostałabym od niego ochrzan.
Wick zaprowadził mnie do skraju ogrodzenia, które ciągnęło się wokół posesji jego rodziców. Za nim rozciągał się ogromny, sosnowy las. Nazwaliśmy go lasem zasłużonych, ponieważ raz czy dwa Kyle'owi wydawało się, że widział między drzewami swojego ojca. Ja natomiast mogę przysiąc, że podczas jednej z naszych wędrówek po jego podwórku zauważyłam kątem oka swoją babcię. Co prawda ani ojciec Wicka, ani moja babcia nie żyją, więc oboje zgodnie przyznaliśmy, że to nasza wyobraźnia płata nam figle. Jednak pewnego wieczoru coś natchnęło nas, aby tą leśną otchłań nazwać właśnie lasem zasłużonych. Wymyśliliśmy legendę, jakoby między drzewami miały skrywać się duchy ważnych osób. Często ucinaliśmy sobie pogawędki z dawnymi władcami Anglii, jak i zmarłą sprzedawczynią lodów z pobliskiego miasta. To było nasze własne, zaczarowane miejsce.
Wspięłam się na drugi szczebelek ogrodzenia, wychylając się lekko do przodu. Wick stał na ziemi, jednak wciąż był wyższy ode mnie o kilka centymetrów:
-Piękny mamy dzisiaj dzień, lady Raven, prawda?- zapytał, gładząc się po swoim niewidzialnym wąsie.
-Owszem, sir Kyle. Dzisiejszy dzień jest idealnym dniem, aby porozmawiać z... Królową Elżbietą.- odparłam.
-Którą?- zapytał zdezorientowany.
-Oczywiście, że Królową Elżbietą II. Jest zasłużoną osobą, często piszą o niej w gazetach. Czy sir Kyle nie czyta gazet?- spojrzałam na niego z wyższością.
-Elżbieta II jeszcze żyje, ośle.- uśmiechnął się kpiąco, po czym klepnął mnie w głowę.
-No ej, nie wiedziałam!- wykrzyknęłam, spoglądając w stronę lasu.
Nie usłyszałam, co odpowiedział. Całą swoją uwagę skupiłam na jednym punkcie. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widziałam swoich rodziców. Nagle rozległ się krzyk pani Wick, która wołała nas z dziwną nutą w głosie. Potrząsnęłam głową i pobiegłam zaraz za Kyle'm.
Kobieta podeszła do mnie, mocno mnie objęła i łamiącym się głosem powtarzała, że wszystko będzie dobrze. Zamilkła, gdy zapytałam jej co się stało. Po chwili powiedziała tylko, że strasznie jej przykro i nie pozwoli, żeby stała mi się jakakolwiek krzywda, że zadba o mnie i że rodzice zawsze będą mnie kochać. W tym właśnie momencie zaczęłam płakać, jednak nadal nie zdawałam sobie sprawy z tego co się stało. Płakałam, bo pani Wick płakała. Po kilku minutach powiedziała mi, że przez najbliższy czas nie zobaczę rodziców. Nie chciała powiedzieć jak długo będzie to trwało, ani dlaczego.
Dopiero ciotka uświadomiła mnie, co tak naprawdę się stało. Jako ośmiolatka jeszcze nie do końca rozumiałam definicję śmierci, jednak na widok nagrobka z imionami rodziców od razu zrozumiałam, że już więcej ich nie zobaczę. To samo działo się gdy zobaczyłam grób babci- już  potem jej ani razu nie spotkałam, dlatego  ta sytuacja wzbudziła we mnie wielkie emocje.
Od tego momentu wszystko działo się bardzo szybko, można powiedzieć, że aż zanadto. W ciągu dwóch dni ciotka spakowała wszystkie mojego rzeczy, a trzeciego dnia zawiozła mnie 300 kilometrów od Batsford, do swojego domu. Ostatnim wspomnieniem z tego miejsca jest widok ambulansu zabierającego ją do szpitala.
Nie minął tydzień, gdy pierwszy raz przekroczyłam mury sierocińca. Nie opuściłam go przez kolejne jedenaście lat.
Ale w końcu nadszedł ten dzień. Dzień, w którym oficjalnie odzyskałam wolność.
____________________________________
więcej na wattpadzie

7/10/2016

Bellarke





   Wieczór był chłodny, ale emocje nie opadły jeszcze do końca- droga z Polis trwała zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie do Arkadii mieszkańcy zastali pobojowisko. Jako priorytet wybrali sobie naprawienie bramy, która wyłamana leżała przy ogrodzeniu. 
   -Jak się czujesz?- Abby skierowała swoje pytanie w stronę córki, która wciąż była osłabiona.
-W porządku, mamo. Słyszałam, że Kane cię szukał. Lepiej idź do niego, on cię bardziej  potrzebuje w tym momencie.- Clarke delikatnie się uśmiechnęła. Abby odpowiedziała jej tym samym, po czym zniknęła za jej plecami.
Blondynka wzięła głęboki oddech i przymknęła oczy. Już dawno nie miała chwili dla siebie. Postanowiła wyjść na zewnątrz i przejść się wokół obozu.

  Kilkanaście metrów od wejścia płonęło ognisko. Dziewczyna nie zwróciła na nie większej uwagi, jednak kątem oka zdołała zauważyć dobrze znaną jej sylwetkę. 
Siedział na ziemi, oparty o leżące na stosie drzewo. Ze skupieniem wpatrywał się w ogień. Nawet nie zauważył, kiedy Clarke pojawiła się obok. Ta najpierw przykucnęła, a potem zajęła miejsce tuż przy nim. Spojrzał w jej stronę. Jego wzrok był pusty, pozbawiony jakichkolwiek emocji.
-Wszystko dobrze?- spytała niepewnie, ale on nie odpowiadał. Zaczęła gryźć policzki od środka. 
-Nie możesz się o wszystko obwiniać.- dopowiedziała po chwili zastanowienia.
-Dziwnie tu być z powrotem. Zaczynam rozumieć, dlaczego nie chciałaś wtedy wracać.- jego głos był zachrypnięty, odrobinę nieobecny. 
-Chyba nie zamierzasz odejść?- zapytała z wyczuwalnym strachem.
-Nie. Nie wiem. Może. Ja sam już... och, Clarke.-przerwał, zaciskając palce- Ciągle widzę ich twarze. Wszystkich. Lincolna, Monroe, a nawet Pike'a. Nie wspominając o Octavii, która gdzieś zniknęła.- schował twarz w dłoniach.
-Hej, hej, Bellamy.- przesunęła się przed niego- Doskonale wiem o czym mówisz. Myślisz, że po tym co wydarzyło się w Mount Weather spałam spokojnie? Nie pozwolę ci się poddać.- złapała go za ramię.
-Mount Weather. Ja... ja nawet nie zdążyłem powiedzieć, że ją kocham. Nie zdążyłem powiedzieć, że będę tęsknić. Nie zdążyłem się pożegnać. Nigdy sobie tego nie wybaczę.- po jego policzkach zaczęły spływać łzy.
Clarke spojrzała na niego, po czym cicho zapytała:
-Mówisz o Ginie, tak?; Słyszałam, wtedy u Niyalah. Tak strasznie mi przykro.- dodała, odpowiadając z góry na pytanie.
Chłopak wytarł twarz rękawem kurtki, po czym spojrzał na dziewczynę. Patrzył na nią chwilę zaszklonymi oczami, zastanawiając się nad jej słowami.
-Jesteś taka spokojna, Clarke. Nie rozumiem. Zdążyłem się domyślić, że coś was łączyło. Ciebie i Lexę.
Cisza. Blondynka zagryzła wargę, rzucając wzrokiem gdzieś daleko w przestrzeń.
-Miłość jest słabością. Zrozumiałam to przed tym, gdy Finn odszedł. Nie chcę popełnić tego samego błędu. Ja... to prawda, kochałam ją. Ale nie mogę pozwolić na to, żeby stała się moją kolejną słabością.- mówiąc to wróciła na swoje miejsce.
-To odrobinę dziwne. Nigdy nie patrzyłem na to z tej strony.- powiedział Bellamy, uśmiechając się niezauważalnie.
-Co masz na myśli?- zapytała.
-Mówiłaś, że słyszałaś Raven tamtej nocy. Ja dopiero teraz zaczynam rozumieć sens jej słów.- uspokoił się, a z jego oczu zniknęły ostatnie łzy. Blondynka spojrzała na niego pytająco.
-Jesteś moją słabością, Clarke.
Siedzieli tak przez kilka minut: w ciszy, patrząc na ognisko. Płomienie tańczyły w rytm ich oddechów. Clarke zastanowiła się chwilę, po czym oparła  głowę na jego ramieniu:
-A ty moją, choć ciężko mi to przyznać.
Bellamy objął ją w pasie, szczerze się uśmiechając.



_____

kurtyna




7/06/2016

szczęście



jest po 22, już od jakiegoś czasu sączy się deszcz.
stoisz pod barierkami czekając na koncert zespołu, który całkiem mocno lubiłaś kilka lat temu. to była podstawówka, teraz jesteś w połowie liceum i to wydarzenie nie wyzwala w tobie aż takich emocji. 
aż do momentu, kiedy wychodzą na scenę. zaczynasz skakać, bawić się. nie zważasz na ludzi dookoła- co z tego, że przepycha się obok ciebie pijany 50-latek z butelką wódki w ręce. po prostu cię to nie interesuje. zamykasz oczy i wsłuchujesz się w muzykę.
najcudowniejsze jednak przed tobą. nie spodziewasz się tego. zespół zaczyna grać piosenkę, od której zaczęła się twoja wcześniejsza fascynacja. wszystkie emocje powracają. jesteś szczęśliwa.
gardło boli, nogi bolą, ręce bolą. spływa z ciebie woda. ale ty i tak jesteś szczęśliwa.

wszystko się nagle kończy, cichnie. zespół schodzi, ludzie uciekają do domów. razem z koleżanką udaje wam się dorwać niektórych muzyków. ty robisz sobie zdjęcie, ona zbiera podpisy na plakacie.
wydaje się, że nie mogłoby być lepiej.

potem zaczyna grać kolejny zespół. mimo tego, że twoja towarzyszka nie ma ochoty na zabawę, ty zaczynasz tańczyć. leje coraz bardziej, zostało może dwadzieścia osób pod sceną. czujesz muzykę całym ciałem. kiedy przychodzi czas na to, aby odprowadzić koleżankę, przepraszasz ją i zostajesz dalej w tym samym miejscu. w pół do trzeciej nad ranem. a ty jesteś cała przemoczona i zmęczona. na scenie występuje zespół, który wykonuje twój ulubiony rodzaj muzyki. skaczesz, tańczysz, zamykasz oczy. i czujesz wolność. swobodę, szczęście.

szczęście. 
jedno słowo, tak wiele znaczeń. to jedna z jego definicji. jedna z najpiękniejszych, jakie mogłabym sobie wymarzyć w te jakże owiane nudą wakacje.

minęło prawie 5 dni, a ja wciąż nie mogę pozbyć się emocji. nigdy wcześniej się tak nie czułam.

mam nadzieję, że to tylko początek spełniania tych skrytych marzeń.
tych, o których nawet nie mam pojęcia.