Wieczór był chłodny, ale emocje nie opadły jeszcze do końca- droga z Polis trwała zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie do Arkadii mieszkańcy zastali pobojowisko. Jako priorytet wybrali sobie naprawienie bramy, która wyłamana leżała przy ogrodzeniu.
-Jak się czujesz?- Abby skierowała swoje pytanie w stronę córki, która wciąż była osłabiona.
-W porządku, mamo. Słyszałam, że Kane cię szukał. Lepiej idź do niego, on cię bardziej potrzebuje w tym momencie.- Clarke delikatnie się uśmiechnęła. Abby odpowiedziała jej tym samym, po czym zniknęła za jej plecami.
Blondynka wzięła głęboki oddech i przymknęła oczy. Już dawno nie miała chwili dla siebie. Postanowiła wyjść na zewnątrz i przejść się wokół obozu.
Kilkanaście metrów od wejścia płonęło ognisko. Dziewczyna nie zwróciła na nie większej uwagi, jednak kątem oka zdołała zauważyć dobrze znaną jej sylwetkę. Siedział na ziemi, oparty o leżące na stosie drzewo. Ze skupieniem wpatrywał się w ogień. Nawet nie zauważył, kiedy Clarke pojawiła się obok. Ta najpierw przykucnęła, a potem zajęła miejsce tuż przy nim. Spojrzał w jej stronę. Jego wzrok był pusty, pozbawiony jakichkolwiek emocji.
-Wszystko dobrze?- spytała niepewnie, ale on nie odpowiadał. Zaczęła gryźć policzki od środka.
-Nie możesz się o wszystko obwiniać.- dopowiedziała po chwili zastanowienia.
-Dziwnie tu być z powrotem. Zaczynam rozumieć, dlaczego nie chciałaś wtedy wracać.- jego głos był zachrypnięty, odrobinę nieobecny.
-Chyba nie zamierzasz odejść?- zapytała z wyczuwalnym strachem.
-Nie. Nie wiem. Może. Ja sam już... och, Clarke.-przerwał, zaciskając palce- Ciągle widzę ich twarze. Wszystkich. Lincolna, Monroe, a nawet Pike'a. Nie wspominając o Octavii, która gdzieś zniknęła.- schował twarz w dłoniach.
-Hej, hej, Bellamy.- przesunęła się przed niego- Doskonale wiem o czym mówisz. Myślisz, że po tym co wydarzyło się w Mount Weather spałam spokojnie? Nie pozwolę ci się poddać.- złapała go za ramię.-Mount Weather. Ja... ja nawet nie zdążyłem powiedzieć, że ją kocham. Nie zdążyłem powiedzieć, że będę tęsknić. Nie zdążyłem się pożegnać. Nigdy sobie tego nie wybaczę.- po jego policzkach zaczęły spływać łzy.
Clarke spojrzała na niego, po czym cicho zapytała:
-Mówisz o Ginie, tak?; Słyszałam, wtedy u Niyalah. Tak strasznie mi przykro.- dodała, odpowiadając z góry na pytanie.
Chłopak wytarł twarz rękawem kurtki, po czym spojrzał na dziewczynę. Patrzył na nią chwilę zaszklonymi oczami, zastanawiając się nad jej słowami.
-Jesteś taka spokojna, Clarke. Nie rozumiem. Zdążyłem się domyślić, że coś was łączyło. Ciebie i Lexę.
Cisza. Blondynka zagryzła wargę, rzucając wzrokiem gdzieś daleko w przestrzeń.
-Miłość jest słabością. Zrozumiałam to przed tym, gdy Finn odszedł. Nie chcę popełnić tego samego błędu. Ja... to prawda, kochałam ją. Ale nie mogę pozwolić na to, żeby stała się moją kolejną słabością.- mówiąc to wróciła na swoje miejsce.-To odrobinę dziwne. Nigdy nie patrzyłem na to z tej strony.- powiedział Bellamy, uśmiechając się niezauważalnie.
-Co masz na myśli?- zapytała.
-Mówiłaś, że słyszałaś Raven tamtej nocy. Ja dopiero teraz zaczynam rozumieć sens jej słów.- uspokoił się, a z jego oczu zniknęły ostatnie łzy. Blondynka spojrzała na niego pytająco.
-Jesteś moją słabością, Clarke.
Siedzieli tak przez kilka minut: w ciszy, patrząc na ognisko. Płomienie tańczyły w rytm ich oddechów. Clarke zastanowiła się chwilę, po czym oparła głowę na jego ramieniu:
-A ty moją, choć ciężko mi to przyznać.
Bellamy objął ją w pasie, szczerze się uśmiechając.
_____

Aww świetne <333
OdpowiedzUsuń