I nie chodzi tu o wzięcie udziału w Green Festivalu. To coś większego.
Pojechałam sama. Wzięłam ze sobą tylko kilka ubrań, kosmetyków- a co najważniejsze, telefon z biletem elektronicznym. Wymieniłam go na opaskę już w piątek, pokonując 7km i pobijając rekord życiowy. Jak się później okazało- niepotrzebnie, ponieważ następnego dnia nie było kolejki. I mimo tego, że nie mogłam potem normalnie postawić stopy- nie żałuję.
Sobota, pierwszy dzień festiwalu, już zawsze będzie kojarzyła mi się z pokonaniem swoich słabości. Poznałam dwie fantastyczne dziewczyny, z którymi bawiłam się świetnie na każdym koncercie. Zaczęło się od Piotra Zioły. Wzięłyśmy nawet udział w fanowskiej akcji, o której dowiedziałyśmy się w ostatniej chwili.
Następnie chwilę posłuchałyśmy Sorry Boys (btw. Bela Komoszyńska jest p i ę k n a).
O dziewiętnastej czekał na nas koncert Zabrockiego. I tutaj nie wiem co mogę napisać- z jednej strony było mega pozytywnie, z drugiej natomiast... to, co wtedy wydawało się żartem, teraz okazuję się być prawdą.
Najlepszy występ dnia, to zdecydowanie PUSTKI. Nie potrafię opisać słowami tego co się tam działo. Było wprost zajebiście. Naprawdę.
Zwieńczeniem wszystkiego miała być Reni Jusis, jednak moim zdaniem ten koncert to kompletny niewypał. Nie podobało mi się zupełnie. Prawie zasnęłam, opierając się o barierki.
Niedziela. To najlepsze, co spotkało mnie w życiu. Najpierw Zalewski, później król. Ale to tylko rozgrzewka przed tym, co miało nadejść. Mowa o domowych melodiach. Było C U D O W N I E. Stałam w drugim rzędzie od sceny, nigdy wcześniej się tak nie wybawiłam. Muzyka, humor i sama atmosfera- nie do opisania!!!
Niestety koncert domowych nachodził na siebie razem z Melą Koteluk. Na szczęście usłyszałam na żywo to, na co najbardziej czekałam- "Dlaczego drzewa nic nie mówią". Tak, jakby Mela na mnie czekała, bo zazwyczaj ta piosenka pojawia się na początku.
Potem siedziałam sobie przy brzegu, słuchając grającego w oddali Organka i popijając wodę mineralną. Chciałam odzyskać siły, które raptownie mnie opuściły.
Oglądałam z daleka występ Ani Dąbrowskiej, aby w odpowiedniej chwili podejść pod scenę i zająć sobie miejsce- po niej grał Kortez. Nie przewidziałam jednak tego, jak wielkie będzie opóźnienie. Po 1,5 godzinnym staniu w ścisku i słuchaniu pijanych ludzi (to już temat na inny post, chętnie się wypowiem) postanowiłam odpuścić. Opuściłam tłum i usiadłam w miarę przyjaznej odległości. Kilka minut później Kortez pojawił się na scenie. No i tu przyznam- poryczałam się jak dziecko. Emocje, emocje, emocje.
Nie wiem co jest piękniejsze. Wspomnienia, czy to, co ten weekend ze mną zrobił. To może głupio zabrzmieć, ale stałam się przez niego pewniejsza siebie. Przedawkowałam szczęście.
I chyba o to chodzi w spełnianiu marzeń.




