Strony

11/20/2017

alternatywny epilog kosogłosa




Odkąd miałam przy sobie Peetę wszystko znowu nabrało kolorów. To on przerywał conocne odwiedziny Prim. Gdy tylko poczuł, że zaczynał się kolejny atak, obejmował mnie swoimi silnymi, rozgrzanymi od pościeli ramionami i przyciskał do piersi. Czułam się bezpiecznie. Był moim schronieniem, ostoją i domem. Nie potrafię opisać uczuć jakie mi towarzyszyły kiedy kątem oka podglądałam go przy codziennych pracach w ogrodzie, tworzeniu naszego zielnika czy już zmęczonego, leżącego wieczorami na poduszce. Uwielbiałam zapach świeżo pieczonego chleba bijący od jego skóry w każdy poniedziałek. Kochałam go.

Teraz nie ma już nic. Jedyne co czuję w powietrzu to stęchlizna ze strychu i spalenizna.
Jego koszulka, którą noszę bez przerwy trzeci tydzień, nie unosi mi już ukojenia. Całkowicie zwietrzała i przyjęła mój zapach.

Siedzę w futrynie, po raz tysięczny obserwując dwunastkę i wciąż nie mogę sobie odpowiedzieć na to jedno banalne pytanie: dlaczego?

Mama zawsze powtarzała, że nic nie trwa wiecznie. Myliła się.

Ta beznadzieja zostanie ze mną do śmierci.

Czyli już niedługo.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz